niedziela, 17 maja 2015

Rozdział II ~ Zaangażowanie, ambicja i adrenalina.

Ohayou! Tu Kaoru, gomen, żę rozdział dopiero po tygodniu, lecz obowiązki trzeba wypełniać. Miłego czytania! I Oyasuminasai, bo już późno.. 

Obudził mnie SMS od Emiko. Leniwie otworzyłam oczy, lecz utrzymywałam je przymknęte. Macałam ręką pod poduszką w poszukiwaniu telefonu. „Jest!” Odczytuje SMS’a i momentalnie przypominam sobie o całym bożym świecie. Trening! Zapomniałam, cholera jasna. Tak to jest, jak się chodzi na jakieś nocne spacery… Aomine… Ale nie mam teraz na niego czasu. „Gomen” przeprosiłam  w myślach jego osobę. Odpisałam jej, że za 30 minut będę na boisku. Ruszyłam pod prysznic, zimny, na otrzeźwienie. Z kuchni wzięłam jedynie banana, by chociaż cokolwiek zjeść. 14:25 – zostało pięć minut. Zaczęłam szybko biec i w parę minut dobiegłam na boisko.” banan w pośpiechu nie smakuje tak dobrze jak powinien.” Pomyślałam wyrzucając skórkę po nim do śmietnika. Moja nowa koleżanka już na mnie czekała.
- Gomen za spóźnienie… Miałam drobne… komplikacje…  – uśmiechnęłam się szeroko dając jej do zrozumienia, że nie warto zaprzątać sobie tym głowy. – Okej odpowiedziała, zaczynamy, więc skup się. – Uśmiechnęła się i zaczęła tłumaczyć zasady gry w koszykówkę. Zapowiedziała już, że będziemy trenować całą przerwę wakacyjną. Nie zmartwiło mnie to, po prostu tego chciałam. Poddać się tej fali zaangażowania, ćwiczeń i wysiłku. Pierwszy trening był skupiony głównie na podstawowych czynnościach – rzucanie do kosza, kozłowanie w biegu i oczywiście nieszczęsny błąd kroków.
Cały miesiąc trenowałyśmy wspólnie, analizowałyśmy błędy i wprowadzałyśmy taktyki gry. W wolnym czasie oglądałyśmy mecze koszykówki kobiet. Strasznie mnie to jarało, chciałam już zagrać w swoich pierwszych zawodach szkolnych. Apropos czasu wolnego, spędzałyśmy go głównie u Emiko. Jej rodzice nigdzie nie wyjeżdżali, tata pracował na miejscu, a mama zajmowała się domem. Muszę przyznać, że Miku jest podobna do swojej mamy, wygadana, waleczna, zorganizowana. Em, miała młodszego brata – Shoji’ego. Słodki z niego malec, ale jak coś zbroi to wychodzi z tego niezła draka. (^^). Rodzina Harukich (dopisek autorki: dokonuję zmiany nazwiska Emiko z Youndaime na Haruka), była bardzo miła i przyjazna, atmosfera u nich zawsze była rodzinna. Spędzali ze sobą sporo czasu, by pielęgnować więzi rodzinne. Zastępowali oni moją prawdziwą rodzinę, która zawsze była na wyjazdach. Rozumiem to, naprawdę ciężko pracują, by żyć jak normalni ludzie, ale.. Ale brakuje mi ich, brakuje mi tej atmosfery i zwyczajnych czułości.. Cóż poradzić? Praca, to praca. Trudno. Muszę się skupić teraz na swoim nowym celu. Koszykówka.
Został niecały tydzień do rozpoczęcia nowego roku szkolnego. Siedziałam na kanapie i oglądałam mecz koszykówki w TV. Spostrzegłam się, że zaczęło się ściemniać za oknem, więc postanowiłam zrobić kolację, przez to wegetowanie na kanapie nawet nie poczułam lekkiego głodu. Poszłam do kuchni i zajrzałam do lodówki. Moim oczom ukazała się… Pustka. „Cholera” zaklęłam w myślach. Spojrzałam na zegarek, przed 19. Dobra, idę do marketu po jakieś szybkie zakupy na kolację i śniadanie jutro rano. Ubrałam się trochę jak fleja – dresy z podłogi i nieco za duża bluza mojego taty. Była jedyną rzeczą pod ręką. Nic innego nie chciało mi się szukać. Ubrana ruszyłam rozleniwionym ruchem do sklepu. W słuchawkach leciały piosenki One Ok Rock, których uwielbiam.
W końcu dotarłam do pobliskiego sklepu i zaczęłam wrzucać do koszyka wszystkie potrzebne mi produkty spożywcze, które pozwalały mi żyć i nie umrzeć z głodu. Stanęłam w dziale z nabiałem. Porównywałam ze sobą dwa jogurty, gdy nade mną pojawił się jakiś cień prawie 2-metrowego człowieka. W ułamku sekundy odwróciłam się i spojrzałam na tajemniczego osobnika zasłaniającego mi światło.
- Yo – powiedział leniwym, prawie mruczącym głosem. – H-Hej – odpowiedziałam lekko zakłopotana, lecz czułam ulgę, że to on. – Też lodówka pusta? – zapytałam żartobliwie. On uśmiechnął się zawadiacko – Jak zawsze – odparł leniwie szczerząc się cały czas. Dokończyliśmy wspólnie swoje zakupy i wyszliśmy z marketu. – Odprowadzić Cię? – spytał. – Nie, dziękuję, nie trzeba. Do zobaczenia. – Cześć. – ruszyłam w swoją stronę. Kątem oka zauważyłam jak Aomine szedł jeszcze do małego sklepiku papierniczego na rogu ulicy.
Szłam prosto przed siebie, na zewnątrz było już naprawdę ciemno. Założyłam kaptur na głowę, lecz tym razem nie zakładałam słuchawek, nie wiadomo co mogłoby się przytrafić, lepiej wszystko słyszeć.
Z zakrętu zobaczyłam trzech mężczyzn, którzy głośno rozmawiali i śmiali się. Niepokojące było to, że ja znałam te głosy… Boże! To tamta zgraja debili z boiska… Cholera jasna, co robić, co robić… Wyminę ich… Może mi się uda. Szłam tym samym rytmem, by nie wzbudzić podejrzeń mężczyzn. Zeszłam na prawą część chodnika, by móc ich wyminąć, lecz nie udało mi się to, bo chyba rozpoznali we mnie kobietę po drobnej posturze. Zaszli mi drogę…
- Hej mała, chcesz się zabawić? – spytał przywódca grupy. – Nie. – odpowiedziałam bardzo chłodno, nie wyczuli mojego skrytego strachu, lecz chyba popełniłam błąd. Wkurzyli się. – Hę? – spytał bandzior z poirytowanym tonem głosu. – Może jednak? – uniósł rękę, by zdjąć mój kaptur. Kurwa, odkryje, że to ja… Odepchnęłam szybko jego rękę i krzyknęłam – Zostaw mnie! – próbowałam wyminąć tą dwójkę szybkim krokiem, lecz ich ramiona mnie zatrzymały i niczym piłka odbiłam się od nich upadając na tyłek… Kaptur spadł. „Kurwa mać” zaklnęłam w myślach, chyba na mojej twarzy też to było widać… - Tyy! – krzyknął przywódca i w mgnieniu oka był przy mnie i trzymał na bluzę. Chyba chciał mnie uderzyć, lecz w tym samym momencie zobaczyłam cień. Ten cień uderzył pięścią w twarz przywódcę tak, że ten jakby się odbił od niej i odleciał na małą odległość. Mój wybawca pomógł mi wstać. Gdy się wyprostował jego twarz została oświetlona przez pobliską lampę… „Aomine” pomyślałam. Byłam skołowana jeszcze przez chwilę, lecz adrenalina bardzo szybko wprawiła mnie w stan gotowości. Jego kolega uderzył Aomine pod okiem, aż zatoczył się w tył, lecz nie stracił równowagi. Bili się przez chwilę, podbiegłam do jednego z przydupasów i kopnęłam go w krok dając Aomine szansę na znokałtowanie go. Drugi z nich już się podnosił, lecz mój wybawca pociągnął mnie za rękę i bardzo szybko oddaliliśmy się z miejsca zdarzenia. Na szczęście nie pobiegli za nami, bo mężczyźni byli dosyć zdezorientowani co dało nam szansę na ucieczkę. Jeśli dobrze słyszałam, to Aomine chyba złamał przywódcy noc nos. Spojrzałam na jego prawą rękę. Na palcach zdołałam znaleźć parę kropel krwi, które musiały wypłynąć w momencie uderzenia. Powędrowałam wyżej, miał zakrwawioną twarz, nie aż tak mocno, lecz miał ranę pod okiem z której sączyła się krew. Zatrzymałam się. Spostrzegł moją nieobecność przy boku i odwrócił się.
- Przepraszam.. – odpowiedziałam z zakłopotaniem ściskając pięści ze złości. Byłam strasznie przerażona tą sytuacją… Zaczęły płynąc mi łzy z twarzy… Dlaczego? „Nie rycz, głupia” skarciłam się w myślach. Poczułam ciepło na ciele… Wróciłam na Ziemię. Przytulił mnie a moje łzy przebiły się przez tamę mojej równowagi i harmonii płynąc nieustannie. – Już dobrze. – usłyszałam. Głaskał mnie po głowie. Staliśmy tak chwilę, a mi się zdawało, że trwa to w nieskończoność. – Chodź opatrzę Cię. – wzięłam go za rękę i ruszyłam do siebie. Nie protestował, po prostu szedł za mną. Na całe szczęście zdążyłam chwycić reklamówkę z zakupami, więc będę mogła przygotować mu jakiś posiłek…
                W domu zaczęłam szukać jakiejś apteczki. Aomine siedział w salonie, widać było po nim lekkie zmęczenie. „Nic dziwnego skoro bił się z trójką bandziorów” skarciłam swój idiotyzm w myślach. „O! Apteczka.” Szybko zeszłam na dół. Miałam w rękach miskę z wodą, ściereczkę i malutką apteczkę, może coś się przyda. Poprosiłam go, by siadł na podłodze, bo nie chcę zachlapać kanapy. Wzięłam poduszkę, by nie siedział na zimnej podłodze. Kucnęłam przy nim i zaczęłam starannie ścierać z jego twarzy krew, przy większych zadrapaniach bardzo delikatnie oczyszczałam ranę wodą utlenioną. Spostrzegłam czyiś wzrok na sobie. Spojrzałam na niego, a on patrzył na mnie tym swoim leniwym wzrokiem. Nie potrafiłam odczytać jego myśli. W zamyśleniu zaczęłam dalej czyścić jego twarz. Gdy skończyłam go opatrywać zaczęłam rozmowę. – Może zostaniesz na noc? Nie szlajaj się już po nocy, ledwo żyjesz… Przygotuję Ci łóżko u rodziców. – powiedziałam z uśmiechem na twarzy. – Możesz się iść teraz wykąpać, jeśli potrzebujesz. Ja przygotuję kolację dla nas. Chodź, przygotuję Ci ręcznik i może jakąś bieliznę… - mówiąc to, zlustrowałam go od góry do dołu. – Chyba wciśniesz się w rozmiar mojego taty, hahah – skwitowałam ze śmiechem, natomiast Aomine miał nieco zakłopotaną minę, lecz nadal kryło się w niej coś zawadiackiego. – Ah tak? – powiedział zainteresowany moją kobiecą intuicją.- Tak, haha – odparłam śmiejąc się. Poszliśmy na górę, dałam mu ręcznik, koszulkę, dresy i tatową bieliznę. A ja zeszłam do kuchni.
Zaczęłam wypakowywać produkty z reklamówki, którą cudem udało mi się zabrać. Skończyłam przygotowywać kolację i poszłam do sypialni rodziców, by przygotować Wybawcy posłanie iście królewskie za jego czyn. Zaśmiałam się w duchu, myśląc w ten sposób o dzisiejszej sytuacji. W progu kuchni zauważyłam jak Aomine pochłonął już prawie całą swoją porcję. „Ale żarłok” pomyślałam siadając do stołu. – Będziesz chciał dokładkę? – spytałam z uśmiechem. – Jeśli masz… - ah ten jego leniwy uśmiech. Naprawdę mi się podobał… Ale… Dlaczego? Ja chyba nie… Nic z tych rzeczy! Z zamyślenia wyrwało mnie rozbawione spojrzenie Aomine. Chyba naprawdę musiałam śmiesznie wyglądać nadymając policzki bez powodu. (:D) Nałożyłam mu kolejną porcję. Po zjedzeniu kolacji udaliśmy się na górę do swoich sypialni. Ja natomiast musiałam się jeszcze wykąpać, więc wzięłam tylko swoje rzeczy do spania i poszłam do łazienki. Po przyjemnym prysznicu skierowałam się do swojego pokoju, lecz przed tym zajrzałam jeszcze do jego pokoju. Był naprawdę zmęczony, ze zasnął jak suseł, nawet chrapał, trochę jak niedźwiadek. Był naprawdę przystojnym chłopakiem, mniej niż 2m wzrosty, ciemna cera no i umięśnienie. To wszystko sprawiało, że był naprawdę przystojny… I ten jego uśmiech… Jest naprawdę cudowny… „Kaoru, wracaj na ziemie!”. Cholera, co ze mną… Karcąc się w myślach poszłam w końcu do swojego pokoju. „To był męczący, napraAAAAwde męczący dzień.” Ziewnęłam, obróciłam się na bok i zamknęłam oczy. „Dobranoc Aomine”. Pogrążyłam się we śnie…

Arigatou za przeczytanie <3

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz